17 września 2017

Lato umiera młodo / Et in Arcadia ego


Krótkie w tym roku było lato - zaledwie parę tygodni światła i ciepła - i już? Koniec? Na to wygląda... Na szczęście mam w zanadrzu jeszcze kilka postów, w których lato nadal trwa - oto jeden z nich:

Tegoroczne urodziny spędziłam w Arkadii - ogrodzie romantycznym z końca XVIII wieku. Letnią przyjemność sprawiło mi spacerowanie po nim w stroju z czasów świetności ogrodu. Biała, prosta muślinowa suknia i biżuteria z jadeitu współgrały z promieniami lipcowego słońca i drgającym, nagrzanym powietrzem. Daleko było do zmierzchu, daleko do miejskiego szumu Warszawy. Wiatr łagodnie szemrał między liśćmi, żwirowane ścieżki prowadziły w cieniste zatoki parku.  
Dove pace trovai d`ogni mia guerra - Tu znajdowałem pokój po każdej mojej walce.

ENG:
As the short summer unexpectedly and suddenly finished, it finished for good. But there are still some photos to recall it!

The ones you can see were taken during my birthday - a sunny, summer day in the beginning of July. I was walking around Arcadia - the romantic type of garden created by a polish aristocrat Helena Radziwiłłowa in the late 18th century just to be like this - a place to take a rest and relax outside the capital. I was wearing my old, good, muslin gown and jade jewellery matched with prince Poniatowski miniature. The soft sun was shining between the leaves, the air was warm, the paths lead through lights and shadows of the ancient park. 
"Dove pace trovai d`ogni mia guerra - here I found peace after my every battle"




1 września 2017

Lasy, skały i jaskinie / wyprawa w roku 1845


Wczesna jesień 1845. Grupka poetów, szukając inspiracji i niezwykłych przeżyć wybiera się w górską wędrówkę wśród skał i lasów, niosąc przy sobie wszystko, co pozwoli im przetrwać kilka najbliższych dni...

Early autumn 1845. The group of poets goes into the wild in search of inspiration, passion and danger. They will be sleeping in forests and living between the rocks with only few things they have with them - and none of these is modern.


Szykując wyprawę, inspirowałam się podobną wyprawą w Alpy, którą w latach 1830/40 odbył nasz dandys i poeta - Juliusz Słowacki wraz z Marią Wodzińską i jeszcze kilkoma osobami. Wszystko, co było mi potrzebne do życia miałam ze sobą w koszu na plecach - grube, wełniane koce do spania, świeczki do oświetlenia nocy, jedzenie (suchary, wędzone mięso, ser) i wodę. Na każdego przypadały 3 litry w manierkach, co jak się potem okazało, było zbyt małą ilością płynów na taki upał.

Preparing the wandering I was much inspired by the original one, that took place in late 1830s, when polish dandy and poet Julius Słowacki with his muse Maria Wodzińska and friends decided to go into Swiss Alps. All the necessary items I had with me in the basket on my back. There were woolen blankets for sleep, beeswax candles to make the light, some food (bisquits, smoked meat and cheese) and water. Everyone had 3 pints of water in canteen, what unfortunately appeared to be too little in the heat...


Strój, który miałam na sobie musiał być przede wszystkim wygodny, no i spełniać historyczne wymogi. A zatem gorset, sznurkowa halka i pończochy. Wierzchnia spódnica i męska koszula to części mojego stroju jeździeckiego, który mogliście oglądać TU. Buty oczywiście powinnam mieć wysokie za kostkę i sznurowane - i mam takie, ale ich podeszwa jest raczej twarda i śliska, no i obcas nie ułatwia sprawy. A że w planach były wspinaczki, wolałam ustąpić trochę historyczności i wybrać inne buty - płaskie, elastyczne i o dobrej przyczepności.

As for my clothes, all I was wearing was accurate and comfy. I was wearing a corset and corded petticoat, and stockings. Woolen skirt and man type of shirt were my old ones, from my riding habit - you could have seen them before HERE. The shoes should be taller and laced with bootstraps - and I have such but the sole is too stiff, too slippy and has a heel so I decided to have another shoes which are better for rock climbing - flats with flexible and adhesive sole.




Gdy niesie się wszystko ze sobą, a jest upał, mniej więcej co godzinę trzeba robić popas. Pierwszy wypadł przy skałach, które są jednym z moich ulubionych miejsc, szczególnie wczesną jesienią. Od kiedy byłam tam ostatni raz, a więc od 10 lat stare ścieżki i miejsca zdążyły już zarosnąć krzewami - czarny bez, owocująca jarzębina, krzewy róży, wysokie nawłocie i pnące jeżyny o słodkich owocach towarzyszyły nam podczas wspinaczki na szczyt.

When one has almost a whole home on his back and there is a heat, frequent stops are inevitable. The first one was on the rocks, which are my favourite ones, especially early autumn. Since the last time I have been there, for 10 years, many things changed: everything was covered in green: elderberry, rowan, wild roses, high goldenrod and sweet blackberries were our companions during climbing on a peak.



Skały były dość strome, z mnóstwem wystających kamieni, za które można się było chwytać lub potknąć. Ostatnią część drogi pokonywałam podwójnie: zdjęłam kosz i najpierw wrzucałam go na skały wyżej, a potem wspinałam się ponad niego, wciągałam go do góry i znów wrzucałam kilka głazów wyżej. Ze szczytu rozciągał się wspaniały widok na lasy ciągnące się aż pod horyzont. 

The rocks were quite steep, with many sharp stones good to hold while climbing. The last part of the way to the peak was so difficult, I had to take off my basket and put it high on the rocks first, then follow and climb higher, next bend down for the basket and put it high on the rocks again... Anyway the views from the peak were breathtaking:


Jak to jest w gorsecie i tylu warstwach? Inaczej, oczywiście. Cały czas trzeba kontrolować spódnicę i to, czy gdzieś nie zahaczyła, za to gorset blokuje możliwość pracowania mięśniami brzucha, więc trzeba być trochę jak pająk i walczyć odnóżami.

Na szczycie skały znajdowała się całkiem spora jaskinia, do której można było wejść stąpając po małym, wąskim występie skalnym nad przepaścią. Przed dalszą wędrówką zdecydowaliśmy, że właśnie tam chcemy spać.
Tymczasem trzeba było jeszcze zbadać leśną okolicę i być może dotrzeć do jednej z kilku małych wsi ukrytych między lasami. Maszerując piaszczystymi ścieżkami przyglądałam się okolicznym, leśnym roślinom i cieszyłam się, że drzewa dają schronienie przed ostrym słońcem.

What is it like to do it in a corset and layers? Quite strange, I would say! At first, one needs to have an eye on the skirt all the time and be careful to not to hook it on a rock. And the corset blocks abs muscles so all a corseted climber can do is to use strength of arms and legs - like a spider!

On a peak of the mountain there was a cave - we got inside stepping on a narrow rock shelf  above the deep abyss. Before going out we decided we will be back there to sleep in the cave. But now, with a few hours of a day left we went back to the forest.




Gdzieś w środku lasu natrafiliśmy na opuszczoną chatę. Strzecha, którą była pokryta zwisała z dachu, pokazując jego konstrukcję. Błękitne okna z przykurzonymi firankami budziły ciekawość, by koniecznie zajrzeć do środka. Zostawiłam więc kosz przy drodze i podeszłam do płotu. Niedaleko była też zamknięta studnia - niestety nieczynna, a przydałaby się, bo wody zaczynało powoli brakować. Przyznam, że gdy stanęłam przed furtką, zrobiło mi się trochę nieswojo i nie zbliżyłam się bardziej do chaty. Zresztą, postanowiliśmy już wracać i rozłożyć się na noc zanim nastanie zmierzch.

Walking few hours deep into a forest we discovered an abandoned hut. The tatched roof had many holes and dusty, blue windows were showing emptiness inside. I was very curious so I left my basket on the path and went closer to the fence. There was closed well there, pity as we needed water so badly! When I touched the wicket, I felt so unpleasantly feared, I left the place and went forward with others.

Idąc leśnymi dróżkami w stronę skał, śledziłam własne ślady na piasku. Po pewnym czasie znikły, ale szłam dalej, bo kto by się tam przejmował śladami. Nie pamiętałam ani tych dorodnych, jagodowych kęp, ani rozlewających się na szerokość dróżek kałuż... Gdy trafiliśmy na ogromną, leśną polanę, było już pewne, że to nie ta droga, że zgubiliśmy się. Do zmierzchu zostało ledwie kilkadziesiąt minut, było prawie pewne, że trzeba będzie się rozłożyć w lesie... Nieopodal opuszczonej chaty. Wierzcie lub nie, nie była to przyjemna perspektywa.

I was looking at my own footprints but soon they disappeared. Who cares, I thought and went forward into the forest. But after a while I noticed, I can`t remember these big berry bushes and the puddle on a path. As we went to the huge meadow, it was certain, we got lost. And because the day was at an end, it was pretty sure, we will have to stay in a forest... With abandoned hut not so far away...


Nikt nie wierzy w duchy i upiory, pod warunkiem że siedzi sobie w środku miasta we własnym mieszkaniu, w mięciutkim fotelu przy elektrycznym świetle. Co innego, gdy znajdzie się sam w ciemnym lesie, bez określonego schronienia, z opuszczonym gospodarstwem kilkaset metrów dalej. Mimo zmęczenia od razu nabrałam sił i kosz już mi nie przeszkadzał. Co więcej, na podstawie kierunków i intuicji wyznaczyłam trasę i poszliśmy dalej, bardzo szybko i bez odpoczynków. Wkrótce znaleźliśmy się na rozdrożu, które wydawało się dziwnie znajome - i tak, na jednej ze ścieżek znów pojawiły się nasze ślady! To teraz szybko dalej, w stronę skał!

Nobody believes ghosts and phantoms - if only one sits in a cosy armchair in a flat lit by electric light, in a middle of the city. It changes a bit when one is alone with no shelter in a strange forest with this creepy hut nearby and a night is falling. I forgot about being tired and the basket seemed to be oddly light as we run lead by my intuition between the paths. On a crossing we finally found our footprints again and run faster to the mountain. We needed to get to the peak before the sun sets.



Zdążyliśmy się wdrapać na szczyt dokładnie w momencie zachodu słońca. Przejście wąskim przesmykiem nad przepaścią, podawanie pakunków, ostatni rzut zwiniętym kocem do jaskini i.. już czerwona kula rozpłynęła się w gasnącym zmierzchu.
W jaskini było nawet bezpiecznie - po ciemku nikt i nic nie było w stanie przedostać się tam po śliskich, zroszonych kamieniach. Ale to działało też w drugą stronę. Do rana byliśmy więźniami jaskini na szczycie skał.

We managed to get to the cave right in a moment of sunset! One of us was inside, the rest was throwing packages for him to catch. Then quick and careful steps on a narrow rock shelf by the abyss and we were inside! 
It was safe there - 100% convinced nobody will get inside during the night - it was just impossible because of the slippy, wet rocks and the abyss. But it was also impossible for us to get out. We were prisoners of the cave until the next day.

Przed całkowitą ciemnością uchroniły nas woskowe świeczki, które na wietrznej skale trudno było zapalić. Przy tej świeczce rozczesałam włosy i pozbyłam się gorsetu. Rozłożyliśmy też nasze legowisko i zjedliśmy kolację. O dziwnie wczesnej porze, bo około 22 świeczka wypaliła się, zostawiając nam tylko światło gwiazd. Nie było nic innego do roboty, jak tylko położyć się spać.

We lit a candle, what was not so simple in the wind and in this weak candlelight I could finally loose and take off my corset and prepare my long hair for the night. We made our beds of the woolen blankets on the rocks and ate the supper. It was still early, ca 10 pm as the candle was over and we were left in the darkness. So we went to sleep watching stars constellations on the sky.
Kolacja w jaskini / Our supper
Noc do świtu była bardzo długa i niewygodna, a sen niespokojny. Przez krótką chwilę śniły mi się nietoperze i dom na wsi. Resztę nocy właściwie czujnie drzemałam, próbując trochę się ogrzać, co przy wietrze przelatującym przez jaskinię na wylot wcale nie było łatwe! Gdzieś w środku nocy poczułam, że powietrze jest bardziej wilgotne, ma drobne kropelki; że wiatr szumi głośniej, a w oddali się błyska. Przez chwilę obawiałam się, że to ktoś wchodzi do jaskini i świeci latarką, ale wyszłam w stronę wylotu jaskini i tylko upewniłam się, że wejście do naszej kryjówki nocą zupełnie nie jest możliwe, a na zewnątrz trwa burza.

The night seemed to be very long, cold and uncomfortable. And the sleep was restless. It was just a while when I dreamt of bats and my greatgrandma`s countryside home. The rest of the night I tried to catch a little warmth and it wasn`t even possible with the wind blowing through the cave (which was the opened one). Suddenly I felt the air seems to be wet, with a little drops. And the wind murmurs, and there are also light flashes like a torch. Anxious about the other people approaching I went to the entrance of the cave and noticed, there is no way anyone can get there - because of the storm.


Gdybyśmy zostali w lesie, bylibyśmy przemoczeni zupełnie, a tak, na naszym szpeju nie spoczęła ani kropla wody. Najgorzej było tuż przed świtem - wcześnie rano było zimno, a wiatr był wręcz przejmujący - przechodził wszystkie koce i warstwy ubrań i przeszkadzał we śnie. Na szczęście szybko przyszedł dzień. Czekanie, aż resztki wczorajszej burzy na skałach przeschną i  będzie można bezpiecznie wyjść wypełniliśmy sobie śniadaniem i ubieraniem się - niezbyt chętnie znów sznurowałam gorset, a włosy na wietrze nie bardzo dały się ułożyć. W końcu udało się wyjść. Wspólnymi siłami przerzuciliśmy wszystkie rzeczy nad przepaścią i zeszliśmy ze skał.

If we stayed in the forest, we would get totally wet for sure! Thanks to the cave, there was not even a raindrop on our things! But the worst part of the night was just before the day started. It was so cold and the wind was piercing to the bones! Luckily the day finally came and we could get up and eat something for breakfast. Waiting for the rocks to dry I could put my corset on, and do my hair in the morning wind. Soon we were able to leave our shelter and move forward.


A to mój dom w jaskini! Z jednej i z drugiej strony była przepaść! / My cave home! The abyss was on both sides.

Tego dnia trzeba było dotrzeć do zamku lasem, a wody już zupełnie brakowało. Na szczęście po godzinie marszu natrafiliśmy na wioskę i tam poratowano nas wodą, napełniając manierki. Dalsza droga okazała się już tylko przyjemnym spacerem z licznymi popasami. Po drodze jadłam rosnące jeżyny, natrafiliśmy też na inne, podobne skałki, ale już bez jaskini. Dzień był przyjemny i ciepły, las dawał cień i chłodne, nieco jesienne powietrze. Szybko dotarliśmy do zamku i jeszcze trochę powłóczyliśmy się po okolicy, zanim nastał czas powrotu do XXI wieku.

We planned to go to the castle hidden behind the forests, and we hoped somebody in a village will get us some water as there were only empty canteens. Fortunately people were kind and gave us water to drink so we could go through the forests and meadows all day. The rest of our wandering was just a pleasand walk - we even found a rock similar to ours but without the cave. The day was warm and pleasant, the shadowy forest smelled early autumn and tasted fresh blackberries picked from the climbers on the path. We got to the castle early afternoon and so the adventure was to an end.


20 sierpnia 2017

Dzień z życia przy dworze / Napoleonske hry 2017

fot. Katerina Adamusova

Mam wrażenie, jakby to było więcej, niż tylko jeden dzień. Jeden dzień, a tyle się wydarzyło! Oczywiście jak zwykle wzięłam sobie za punkt honoru uszycie nowej sukienki. Z tym honorem to różnie bywa, ale tym razem udało się. Kilka popołudni, kilka nocy, szycie przez całą podróż w pociągach aż oczy zaczęły odmawiać posłuszeństwa - i jest! Całkiem nowa, dzienna sukienka na podstawie ryciny modowej.
Z sukienką się udało, z podróżą niekoniecznie, bo przez 90 minut opóźnienia pierwszego pociągu istniało ryzyko, że nie zdążę z przesiadkami i nie będę miała gdzie nocować! Szczęściem, w Austerlitz pojawiłam się moment przed północą jako współczesny kopciuszek, by następnego dnia zjawić się na śniadaniu w sztabie... koszmarnie spóźniona! Było rano, a ja jeszcze chyba nigdy wcześniej nie ubierałam i nie czesałam się tak szybko! Martwiłam się spóźnieniem, ale na szczęście nikt się o nie nie obraził, ale ulga! :)

fot. Rysavy Ivo
Czas śniadania minął szybciutko i wszyscy poszli szykować się do oficjalnej części dnia, którą było przedstawienie u dworu syna Napoleona - Orlątka i ogłoszenie go Królem Rzymu. Uprzedzę pytania: tak, dziecko jest prawdziwe :D Co więcej, jest to... dziewczynka - córeczka cesarzowej, także wiecie: Król Rzymu była kobietą! :D
fot. Mme Chantberry

fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
Z perspektywy damy dworu mogłam spokojnie podziwiać cudną suknię dworską cesarzowej i cudne stroje moich znajomych, z którymi spotkałam się na miejscu - jak widać po zdjęciach, w tym sezonie królowały welony! Z zacnego podwyższenia dostrzegłam też żółte rabaty wśród żołnierzy ustawionych w czworobok. A żółte rabaty oznaczają czwórkę! Postanowiłam w wolnej chwili zajrzeć do obozu i przywitać się z nimi :)
Życie obozowe toczyło się jak zazwyczaj - żołnierze skręcali ładunki lub rąbali drewno z powalonego burzą drzewa, by wzmocnić ogień pod żeliwnym kotłem, w którym markietanki gotowały strawę. Tymczasem w innych kotłach i w innej kuchni gotowała się już strawa dla dworu...

fot. Katerina Adamusova
Powóz zabrał nas godnie i łagodnie (w przeciwieństwie do dzikiej jazdy bez trzymanki podczas bitwy w Znojmie :D ) przed zamek na sabrage. Rok temu średnio pojmowałam tę ceremonię otwierania win dragońskimi szablami, ale teraz, gdy już zakosztowałam morawskich win i wiem, że są pyszniutkie (pisze to osoba, która nie znosi alkoholu - więc te wina muszą być naprawdę dobre, żeby mi smakowały!), zupełnie rozumiem zasadność tej ceremonii ;)

fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
Czym są "morskie potwórki"? Jakieś pomysły? :D Niestety, nie jest to oficjalna nazwa dla owoców morza po czesku, a szkoda, bo jest przeurocza! Odkąd jedna z dam dworu tak je nazwała, już im tak chyba zostanie - w moim słowniku na pewno!

fot. Rysavy Ivo
Około południa urządzono piknik w zamkowych ogrodach, a niedługo później wydano bitwę na polach poniżej zamku. Cały ten czas spędziłam na rozmowach, włóczeniu się to tu, to tam i poznawaniu nowych osób, oraz oczywiście przyglądaniu się pięknym strojom i dodatkom!
Na każdą z aktywności tego dnia trzeba było zaplanować odpowiedni ubiór. Cesarzowa zmieniała stroje za każdym razem i za każdym razem była ze wszystkim na czas, za co po prostu ją podziwiam! Co do mnie, to zaplanowałam 3 zmiany, przy czym większość czasu chciałam spędzić w tej fioletowej z welonem, no bo była nowa, to wiadomo - chciałam ją sobie trochę ponosić ;)

fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
Natomiast na oficjalny obiad w zamku zaplanowałam moją sukienkę z Florencji z morową szarfą i pełnym garniturem empirowej biżuterii (Tak, wiem, że jeszcze nie napisałam ani słówka o niesamowitej Florencji, ale bardzo długo czekaliśmy na zdjęcia, a jak się już pojawiły, pojawił się również totalny brak czasu! Aktualnie mam połowę posta po angielsku i obiecuję do jesieni narobić wszystko! Tak samo, jak dokładny post o tym parurze / garniturze biżuterii, czyli skąd go mam, jak go zrobiłam itp., także bądźcie cierpliwi, już wkrótce ze wszystkiego się wyspowiadam!)
Dwa dania i deser ledwie się zmieściły w gorsecie w taki upał, ale to nic w porównaniu do walki o pilnowanie etykiety! Ciężko, oj ciężko to idzie, jak się ma wpojone współczesne zasady, a w domu nie przestrzega się żadnych :D Podsumowując, złote zasady każdego Polaka: jedz, bo doma nie byńdzie i mięsko zjedz, ziemniaki zostaw, to wiecie... lepiej zostawić w latach 2010. xD
fot. Pav Lucistnik
Niedługo nosiłam tę sukienkę i parur - bo choć ogólnie pasowałyby na bal, to sukienka ma tren, a w trenie dość kiepsko się tańczy, także tuż przed balem szybko leciałam do mojego domu przy głównej ulicy prowadzącej do zamku, by ekspresem przebrać się w moją drugą sukienkę florencką - z różowej satyny jedwabnej. Lubię ją, bo choć ma niewiele zdobień i przezroczysta organza jedwabna raczej nie rzuca się w oczy, to jednak te dwa materiały zdecydowanie robią robotę, a różany wieniec na głowie dodatkowo sprawia, że czuję się w niej jak delikatny płatek i chcę jak on wirować sobie w tańcu!

fot. Rysavy Ivo
Połowę balu spędziłam na rozmowach, a drugą połowę w tańcu, bo żołnierze z 4ki tak, jak obiecali, pojawili się na balu! Zawsze jest ten problem z tańcami, że jak nie przyjdzie się od razu z umówioną parą, to trudno jest kogoś wyhaczyć, bo wszyscy albo już tańczą, albo nie tańczą wcale. Tym razem uratowali mnie żołnierze, którzy odważnie podeszli do sprawy, nie bojąc się nawet tego, że wszystkie figury były tłumaczone po czesku xD I co? Udało się im zatańczyć bez najmniejszego błędu! Także od teraz nie ma już wymówek, że ja nie umiem tańczyć, panowie! Wszyscy widzieli, że to nieprawda, a tańce są łatwe, miłe i szybkie w nauce :)

fot. Rysavy Ivo
Bal zakończył się fantastycznymi fajerwerkami - były naprawdę niesamowite!
A po balu żołnierze zapraszali mnie do obozu - skradli nawet dywan i meble cesarzowej w tym celu, co było trochę śmieszne, trochę straszne! Na szczęście potem, jak o nie zapytałam, powiedzieli, że je oddali i przy tej wersji wydarzeń zostańmy :P
Ja oczywiście musiałam znów lecieć do domu na przebranie, bo w obozie bardzo łatwo o plamy, a jedwabna sukienka nie jest do prania, więc nie było innego wyboru jak tylko ją zmienić.
Dywanowy złodziejaszek na gorącym uczynku / fot. Urszula Nowak
I tak, po raz trzeci w tym roku żałowałam, że nie mam całkiem luźnego zestawu, który mogłabym nosić wieczorem, gdy po całym dniu mam już dość gorsetu, a nie chcę jeszcze iść spać. Spódnica i shortgown sprawdziłyby się bardzo dobrze w tej roli, zostaje mi więc już tylko je uszyć (materiały już są ;) ), a tymczasem musiałam zdać się na własną kreatywność i tak wkroczyłam do obozu w szałowym zestawie halka + szal. No co, ciemno było, nikt nie widział :D

Balowy selfiak / fot. Urszula Nowak
Na właściwe miejsce zaprowadził mnie śpiew dochodzący z jednego z ognisk rozsianych między namiotami w ciemności. Reszta żołnierzy siedziała zgrupowana przy stole wraz z jednym czeskim Rakuszakiem, który przyszedł jak ja z ciemności ogrzać się przy ogniu i poopowiadać historie przy piwie. A ponieważ czeski i polski są podobne, ale nie do końca, z obecności nowego znajomego wynikło tyle śmiesznych sytuacji i nieporozumień, że nie pamiętam już kiedy śmiałam się tak bardzo!
Wkrótce zaczęła mnie ogarniać senność i był to dobry czas, by wczołgać się do namio... zaraz, przecież jakiś kwadrans drogi stąd mam mój domek, łóżko i łazienkę! Było niedaleko północy, gdy wraz z małą grupką oddaliliśmy się od obozu, by poszukać koni i wznieść za nie toast - za nie, za kawalerię i zwycięstwa. Kroczące w ciemności, cieniste rumaki zdawały się mieć zupełnie wygwizdane na nasze grzeczności, zostawiliśmy je więc w spokoju i tak, pod żołnierską ochroną trafiłam w końcu pod mój przyjazny dach, praktycznie padłam na łóżko i nawet nie wiem, kiedy skończyła się noc, niosąc kolejny dzień - dzień powrotu do XXI wieku i straszliwą migrenę, ale to już inna historia... ;)

fot. Mme Chantberry

19 sierpnia 2017

A day by the court / Napoleonske hry 2017

fot. Katerina Adamusova

It was only one day and it seems to me as a few days passed at Napoleonske hry event in Austerlitz. As you know from the previous posts, this place has a special vibes for me so I was happy to get there again and even made myself a new gown with veil (after fashion plate), what took me few nights to do. I arrived the town very late due to a really long train delay and so my clever plans for a good sleep were just ruined. This was also the cause of my being late for a breakfast with society in a french camp. I have never been dressing up, hairstyling etc. so quickly in my entire life! But (what a relief) they were kind to me anyway, even if I was so terribly late.
fot. Rysavy Ivo
The sun was moving quickly and this meant it`s time to prepare for the official part, where L'Aiglon Napoleon`s Son was to be presented and acclaimed as the Roman King. We gathered by the castle to greet the Empress. I met my friends who just arrived there! It came out the veils were much in fashion!

fot. Mme Chantberry

fot. Rysavy Ivo

The Roman King seems quite curious about all that mess! /fot. Rysavy Ivo
L'Aiglon was really patient. As a court lady I could see beautiful gown of the empress and soldiers in a background where I noticed my friends from the 4th! What a happy coincidence! I visited them later in the camp - what a surprise that this time I was not wearing a camp gown - and much more jewellery! They were making patrones for battle and chopping a tree that fell after storm to make fire under an iron pot, vivandieres were cooking what reminded me, there are more entertainments for civilians - including lunch.
fot. Katerina Adamusova
The carriage took us in front of the castle - and the ride was really gentle compared to the last, wild and mad, during the battle. There was sabrage vine ceremony, what now I can truly understand because moravian vines are the most delicious ones, in my humble opinion. Even if I don`t like alcohol in general, I find moravian vines really tasty!
fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
What is 'morskie potvurki' (sea little monsters)? At our lunch in the stab part of the French Camp one lady called seafood like this and I thought it is the most lovely name for all the shrimps and shells! But after I asked about that lovely name, it appeared to be a joke. Anyway, I will be using it on my own!
fot. Rysavy Ivo
Around the noon there was a picnic near the castle and then a battle on a field nearby. I spent this time with my friends, talking and making new acquintances! And also, appreciating beautiful gowns, they were wearing.
The day was much intensive, with many different things to do - so we needed many different clothes! Brave empress changed her gowns so many times and every change was on time! As for me, I planned to change 3 times. My first gown - the new one was worn during a day. I wanted to wear it as long as I can, because, you know, it`s the new gown! :D 
fot. Rysavy Ivo

fot. Rysavy Ivo
The dinner in the castle was the reason to change it to my Florence sash gown, with a new parure (I know, I owe you a Florence post! I was waiting for the photos and now I feel drastic lack of time, but it will apprear in late summer / early autumn, I promise! Same as the post of my full parure and the way I made it, so please, be patient ;) ). We had delicious food and dessert there and it was the first time, an etiquette was obliged! So we were all about to remind ourselves about it - and it was also showing us how much changed since 1810s!
fot. Pav Lucistnik
I wore this dress just a short while and then - quick run to the inn to change into a ball gown! I could stay like I was, of course but this gown had train. And trains are not meant to dance with. For the summer ball I chose my silk sateen, rosy gown from Florence again. It`s a lovely gown - not to many decorations but the fabric is soft and noble and I feel like a rose petal in it!
fot. Rysavy Ivo
The night was falling slowly and I spent half of the ball sitting by the Empress, and half - dancing as the soldiers from 4th came to the ball and offered me to dance! I have always this problem with dances as all the people I could dance with are already dancing or are not dancing at all. And I don`t like standing on the balls - it`s dancing what makes me happy!
And now I need to say, soldiers did really well with the dances! Although the figures description was in Czech, they didn`t make a single mistake! So now (sorry, my gentlemen!) there is no excuse to not to dance on the balls!
fot. Rysavy Ivo
The ball finished with a sparkling fireworks - a really spectacular show! And we were all to go! Soldiers wanted me so much to go with them to the camp, they even took Empress` furniture and carpet! But, happily, they gave them back as I hoped :D I promised them to visit after change of my dress - the silk was not to wash and it is very simple to get stains in the camp, especially at night!
Look what they are doing! Stealing a carpet here!!! / fot. Urszula Nowak
And this was the moment (the third time this year!) I regreted, I don`t have any loose, comfort gown to wear in camp after a whole day in a corset. The skirt + shortgown set would do really well so soon I will sew it for sure! But now, not having this and being really tired of the corset, I went to the camp in a fabulous petticoat + shawl set :D And nobody noticed!
The ball selfie! / fot. Urszula Nowak
Some of the soldiers were sitting by the fire and singing songs, some were by the table. I came by the table and noticed one Rakusak (Czech in Austrian troobs) with a pint of beer talking. The new friend came from the darkness around and differences between languages and armies caused so many hilarious situations, I laughed so much as probably never before!

As I started to fall asleep, it was the perfect moment to say good night and go to the canvas but... it was also a moment, I realised, this time I sleep in an inn, and have bathroom here! At midnight we went through the darkness to find some horses and have a toast to thank them (and the cavalry) for so many victories in history. Then there was time to leave - guarded with soldiers I found my inn and so the time travel was finished.
Now, I just can`t wait for a new one and new adventures!
fot. Mme Chantberry
Powołując się na art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) nie wyrażam zgody na kopiowanie, przetwarzanie oraz jakiekolwiek wykorzystywanie treści (tekstów i zdjęć) zamieszczanych przeze mnie na blogu.